Cały czas myśleliśmy, że jest to tylko okres przejściowy, że po pewnym czasie wrócimy do kraju. Gdy odbierałam paszport, zapytałam urzędnika: „A czy ja będę mogła wrócić?”
Alicja i Kazimierz Kochanowiczowie odwiedzają Polskę co najmniej raz w roku.
– Dopóki starczy nam sił i zdrowia, będziemy tak kursować – zapewniają zgodnie.
Bezpośredni lot z Nowego Jorku do Rzeszowa zabiera osiem godzin. Przedtem trzeba się jeszcze spakować, dojechać na lotnisko i „odstać swoje” w oczekiwaniu na odprawę. Ale będąc na emeryturze, mają więcej czasu na podróżowanie. Choć na nudę też nie mogą narzekać. Tu, w Stanach Zjednoczonych, czas wypełnia im życie rodzinne i działalność społeczna. Zaledwie kilka dni wcześniej maszerowali z flagami „Solidarności” w 88. Paradzie Pułaskiego w Nowym Jorku, a już pracują nad wydaniem kolejnego numeru „Dwutygodnika Polonia” – nieprzerwanie od 28 lat.
Początki

Poznają się w 1975 roku. On – 19-letni pracownik Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL Rzeszów, ona – uczennica liceum ogólnokształcącego. Zostają sąsiadami, a z czasem parą. Ich relacja kwitnie, choć nie widują się często, a młodemu chłopakowi zdarza się przysypiać na randkach. Bywa zmęczony, bo poza pracą angażuje się w działalność religijno-społeczną i antykomunistyczną, stając się z czasem aktywnym działaczem rzeszowskiej „Solidarności”. To wszystko nie może pozostać obojętne dla politycznych decydentów. W środku grudniowej nocy, do drzwi rodziny Kochanowiczów stukają funkcjonariusze służb.
– Wyciągnęli mnie z łóżka i zrobili rewizję domu. Chcieli nawet założyć mi kajdanki, ale widząc rozpacz mamy, dałem im słowo, że nie będę uciekał – wspomina.
Zostaje zabrany na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie. Przed pobiciem przez funkcjonariuszy ratuje go zbieg okoliczności. A może Anioł Stróż. W momencie gdy wyjmują pasy, do pomieszczenia wchodzi komendant, a oni stają na baczność. On sam zwraca się do chłopaka niemal ojcowskim tonem: „Po co ci to było? Damy ci szansę. Trafisz do więzienia. Tam spokojnie będziesz mógł przeanalizować swoje dotychczasowe życie”.
Paradoksalnie, Kazimierz oddycha z ulgą.
– W tamtych czasach różnie się mówiło – że wywiozą nas na Syberię, czyli na tzw. „białe niedźwiedzie” lub do Czechosłowacji – wymienia.
Ostatecznie trafia do Ośrodka Odosobnienia w Zakładzie Karnym w Załężu k. Rzeszowa. Tymczasem jego najbliżsi nie mają pojęcia, gdzie jest.
– Kiedy zabierali Kazika, nikomu nie powiedzieli dokąd i na jak długo – tłumaczy Alicja.
Ojciec mężczyzny chodzi od urzędu do urzędu, pytając o syna, jednak dopiero po dwóch tygodniach, w wigilię, ktoś radzi mu, by udał się do Załęża, gdzie wcześniej przewieziono grupę internowanych osób. Zabiera przygotowaną przez żonę paczkę, a funkcjonariusze ją przyjmują. To daje nadzieję, że Kazimierz rzeczywiście przebywa w tym miejscu.
Kiedy Alicja wraz z jego matką przyjeżdżają na widzenie, ta pierwsza nie zostaje wpuszczona. W świetle prawa jest dla mężczyzny obcą osobą. Zrozpaczona nie potrafi powstrzymać łez, a pozostałe kobiety – które przyjechały wraz z dziećmi do swoich mężów – próbują ją pocieszyć. Wkrótce stan cywilny pary ma ulec zmianie. Pewnego dnia matka Kazimierza pokazuje Alicji list od syna – mężczyzna myśli o zaręczynach. Choć para nigdy przedtem nie rozmawiała o legalizacji swojego związku, kobiety traktują to jako deklarację. Organizacja ślubu w tym okresie nie jest łatwa. By zdobyć obrączki, przyszłe teściowe stają w kolejce do sklepu jubilerskiego. Opłaca się. 26 kwietnia 1982, pod czujnym wzrokiem służby więziennej, para wstępuje w związek małżeński. Towarzyszą im najbliżsi, świadkowie i kilku internowanych kolegów. Wcześniej udaje im się nawet uzyskać pozwolenie naczelnika więzienia na zrobienie fotografii. Nie cieszą się sobą długo: po ślubie ona wraca do domu, on – do celi. Ku zaskoczeniu, zaledwie dwa dni później, mężczyzna odzyskuje wolność.
„Dość!”
Małżonkowie w końcu mogą rozpocząć wspólne życie. Daleko mu jednak do normalności. Kazimierz wraca do działalności społecznej, a Alicji towarzyszy ciągły lęk, że skończy się ona wyrokiem i więzieniem. Kiedy dom odwiedzają pracownicy SB, Alicja ostrzega wracającego z pracy męża za pośrednictwem kuzynki.
– Gdyby miał wówczas przy sobie jakieś materiały, groziłby mu areszt i proces sądowy – wspomina.
W sierpniu obydwoje biorą udział w obchodach powstania „Solidarności”, gdzie wraz z pozostałymi uczestnikami zostają rozpędzeni przez ZOMO. To przelewa szalę goryczy. Dławiąc się milicyjnym gazem, Alicja po raz pierwszy z taką determinacją mówi: „Dość, wyjeżdżamy”. Kierunek wydaje się oczywisty: w Stanach Zjednoczonych mieszkają dwie siostry Kazika oraz jego wujostwo. Już w listopadzie trzymają w rękach polskie paszporty – w jedną stronę.
Cały czas myśleliśmy, że jest to tylko okres przejściowy, że po pewnym czasie wrócimy do kraju. Kiedy odbierałam paszport, zapytałam urzędnika: „A czy ja będę mogła wrócić?”. Nigdy nie zapomnę tego szyderczego uśmiechu, gdy mówił: „jeśli dostanie pani polski paszport” – relacjonuj Alicja.
Do Stanów mogą przybyć wyłącznie z kraju trzeciego. Dwa tygodnie spędzają zatem w Bad Soden k. Frankfurtu, w obozie gromadzącym rodziny byłych internowanych działaczy „Solidarności”.
Pod koniec listopada 1982 lądują w Nowym Jorku. Rozpoczyna się ich życie na emigracji.
Kochanowiczowie w Stanach Zjednoczonych
Małżonkowie sukcesywnie aklimatyzują się w nowym miejscu.
– Początkowo zamieszkaliśmy z rodziną. Od razu zaczęliśmy uczęszczać na zajęcia wieczorowe z języka angielskiego, organizowane dla emigrantów. Alicja miała w tym względzie trochę łatwiej, bo podstawy języka przyswoiła jeszcze w ogólniaku. Ja nie miałem tych możliwości, ale Polak – twardy zawodnik. Wziąłem się mocno za naukę – zdradza Kazimierz.
Pierwszą – fizyczną – pracę rozpoczyna już po tygodniu. Również Alicja w niedługim czasie zatrudnia się w amerykańskim zakładzie, gdzie szyje żagle. Po kilku miesiącach wynajmują mieszkanie w Derby, w okolicach polskiego kościoła pw. Św. Michała, i od razu angażują się w działalność parafii. Po trzech latach pobytu w Stanach, para – już we własnym domu – wita pierworodnego syna Marka, który z czasem doczekuje się jeszcze dwójki rodzeństwa – Ani i Daniela.
Przez kolejne lata małżonkowie kilkakrotnie zmieniają miejsce zamieszkania oraz pracę. Podnoszą również swoje kompetencje i możliwości. Kazimierz kończy studia na uniwersytecie, a Alicja kurs, dzięki któremu rozpoczyna pracę jako konsultant komputerowy.
W 1990 roku, wraz z dziećmi, wyjeżdżają na wakacje do Polski. To wtedy Alicja zauważa, że byłoby im łatwiej, gdyby mieli amerykańskie obywatelstwo. Kazimierz początkowo oponuje. Wciąż czuje się Polakiem. Ze względów praktycznych, ostatecznie obydwoje składają przysięgę w Polskim Domu Narodowym w Hartford. W pomieszczeniu znajdują się polska i amerykańska flaga, a oni od tego dnia deklarują podwójne obywatelstwo.
Małżonkowie przez cały ten czas angażują się w działalność polonijną.
– Z początku najbardziej związaliśmy się z polską parafią, zaś po narodzinach dzieci, zaangażowaliśmy się mocno również w działalność polskiej szkoły w Derby, do której z czasem zaczęły uczęszczać. Trzeba było pomagać, żeby ta szkoła mogła funkcjonować. Alicja kilkakrotnie pełniła w zarządzie funkcję prezesa, a ja sekretarza i skarbnika – mówi Kazimierz.
Z czasem mężczyzna dostrzega brak przekazu informacyjnego pomiędzy szkołą, parafią a polonijną społecznością lokalną. Tak rodzi się pomysł wydawania jednostronicowego biuletynu informacyjnego, który stopniowo przekształca w magazyn polskich szkół w stanie Connecticut. Wszyscy pracują przy nim społecznie, jednak wraz rozwojem pisma, chociażby jego druk i dystrybucja wymagają coraz większych nakładów finansowych. By je pokryć, małżonkowie organizują bankiety, na których wybierani są „król” i „królowa”, a także inne wydarzenia z udziałem artystów, projekcją polskich filmów czy aukcją dzieł malarskich, dzięki czemu pozyskują środki na dalszą działalność polonijną.
Przy okazji jednego z bankietów mają okazję poznać słynną piosenkarkę Irenę Jarocką, która po występie nocuje w ich domu.
– Dla mnie była wielką gwiazdą i osobą o dużym sercu – wspomina Alicja. – A w bezpośrednim kontakcie – naprawdę miłą osobą.
Magazyn sukcesywnie ewoluuje i od 2023 roku jest już polonijnym dwutygodnikiem dystrybuowanym w polskich i polonijnych centrach społecznościowych w Connecticut, a w szczytowym momencie także w New Jersey, Nowym Jorku i Massachusetts, w nakładzie od 2,5 do 5 tys. egzemplarzy.


Zawsze wracamy
Przez lata pobytu w Ameryce Kazimierz nie zapomina o swojej solidarnościowej przeszłości. A ona nie zapomina o nim – w 2020 roku, w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku, mężczyzna otrzymuje Krzyż Wolności i Solidarności, niecałe trzy lata później zostaje uhonorowany przez Stowarzyszenie „Pamięć” statuetką „Za Niepodległą”, a zaledwie dwa miesiące temu Medalem „Zasłużony dla Regionu Rzeszowskiego NSZZ Solidarność”. Kontakty z pozostałymi działaczami Związku owocują z kolei powołaniem do życia, w 2023 roku, „Freedom and Solidarity” – organizacji byłych działaczy Solidarności i opozycji antykomunistycznej w USA, której misją jest kontynuacja ducha walki o wolność, demokrację i prawa człowieka, będące fundamentem ruchu „Solidarności”, a także dbałość o dobre imię jej działaczy.
– Nigdy nie planowałem, że Stany Zjednoczone staną się moim wyłącznym domem – wyznaje Kazimierz. – Nadal, myślami i sercem, wracam do Polski. Mam dziś jak gdyby dwie Ojczyzny: Polskę, w której się urodziłem i którą zawsze będę kochał oraz tę Ojczyznę, która mnie przyjęła, o czym również nie mogę zapomnieć. Będąc w Stanach, śledzimy i przeżywamy to, co dzieje się w Polsce. A kiedy jesteśmy w Polsce, myślimy z kolei o Stanach Zjednoczonych, gdzie toczy się nasza codzienność, gdzie są nasze dzieci i szóstka wnucząt.
Alicja ma podobne odczucia.
– Kiedy lecimy do Polski, nasi znajomi mówią „O, jedziesz na wakacje”. Odpowiadam wówczas: „Nie, ja jadę do domu”.
Rzeczywiście, w Krzemienicy k. Łańcuta stoi dom, w którym się wychowywała. Ale przede wszystkim, małżonkowie czują się w Polsce dobrze.
– Zawsze jednak wracamy do Stanów: tam jest nasza rodzina. Mamy też bardzo dobre stosunki w lokalnym środowisku – dodaje.
Co, gdy oglądają rywalizacje sportowe Polska-USA?
– Nie martwimy się przegraną – śmieją się. – Zawsze wygrywają nasi.



