Z Warszawy na kraniec „włoskiego buta”, czyli rozmowa z Katarzyną Gralińską – prezes Związku Polaków w Kalabrii

Autor:Anna Kuleszewicz-Toborek

Katarzyna Gralińska jest ambasadorką polskości na „czubku włoskiego buta” – prezesem Związku Polaków w Kalabrii oraz wizjonerką stojącą za prestiżowym konkursem „Polak Roku we Włoszech i na Świecie”. Jej misją jest nie tylko pielęgnowanie polskiej kultury w słonecznej Italii, ale przede wszystkim docenianie i promowanie wybitnych osiągnięć Polaków rozsianych po całym świecie. W wywiadzie opowiada o wyzwaniach życia w Kalabrii, kulisach organizacji Związku oraz o idei stojącej za nagradzaniem rodaków, którzy zmieniają świat. Zapraszamy do lektury!

Pani Katarzyna Gralińska (po lewej). Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1
Pani Katarzyna Gralińska (po lewej). Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1

Anna Kuleszewicz-Toborek: Proszę powiedzieć, jak wyglądała Pani historia, jak trafiła Pani do Włoch?

Katarzyna Gralińska: – Zaczęło się tak, że po prostu byłam zafascynowana językiem włoskim i historią. Ale, szczerze mówiąc, przyjazdu na stałe do Włoch w planach nie miałam. Tak się złożyło, że poznałam swojego przyszłego małżonka Włocha, zakochałam się i –  że tak powiem –  los mnie tutaj rzucił! Przyjechałam do Reggio Calabria już jako mężatka, choć pierwsze nasze plany były takie, żeby jednak zostać w Polsce.

Ale niestety…  Myśmy brali ślub w 1982 roku, krótko po stanie wojennym, więc w naszym kraju była zupełnie inna sytuacja, inne możliwości, a raczej ich brak. Mój mąż niestety nie władał językiem polskim – sami porozumiewaliśmy się po niemiecku. Po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania dla niego pracy podjęliśmy decyzję, że w takim razie ja będę pakowała walizki i przyjadę do Włoch. A zatem – w takim dużym skrócie – moja historia rozpoczyna się jako historia mężatki przyjeżdżającej do Włoch i rozpoczynającej nowe życie w zupełnie innym, obcym kraju.

I jak poradziła sobie Pani z obcym dla Pani językiem?

– Sytuacja sprawiła, że po prostu musiałam się jakoś przystosować i starałam się jak najszybciej opanować język włoski. W dość krótkim czasie udało mi się osiągnąć poziom podstawowy. Po trzech miesiącach mogłam swobodnie już chodzić do sklepu, czy do urzędu i bez większego problemu móc się porozumieć.  Oczywiście od czasu do czasu wspierałam się rozmówkami czy słownikiem, ale generalnie rzecz biorąc, jak to się mówi… Polak potrafi (śmiech!).

Jest Pani na to żywym przykładem!

– Znalazłam się w innym kraju i udało mi się zaadaptować do nowej sytuacji. Podkreślę, że mieszkam w regionie Kalabria — czyli na „czubku włoskiego buta” — w miejscowości Reggio di Calabria. Do 1970 roku była to stolica Kalabrii. Później funkcję tę przejęło dzisiejsze miasto stołeczne Catanzaro, które znajduje się po drugiej stronie wybrzeża. Można więc powiedzieć, że od ponad 40 lat jestem mieszkanką Reggio di Calabria!

W Warszawie, w momencie zawierania związku małżeńskiego, jeszcze na mocy dawnych przepisów włoskich, automatycznie nadano mi obywatelstwo włoskie. Dzięki temu nie musiałam przechodzić całej, dość intensywnej procedury składania dokumentów. Wówczas „z automatu” stałam się obywatelką Włoch, bez konieczności czekania kilku lat na nadanie tego statusu. Być może to również dało mi do myślenia — że będąc także obywatelką tego kraju, muszę tym bardziej i jak najszybciej dostosować się do nowych sytuacji oraz do życia w miejscu, które mnie po prostu przyjęło.

Miała Pani swoją „przeprawę” z adaptacją, ale jednocześnie życie trochę to na Pani wymusiło — po prostu musiała się Pani dostosować. Proszę powiedzieć, jakie różnice kulturowe zauważała Pani wówczas najbardziej?

– W tamtym czasie różnice w kulturze i mentalności były dość duże. I chociaż w Reggio di Calabria mieszkało wówczas bardzo wielu cudzoziemców, było to wyraźnie widoczne. Włosi również musieli w pewnym stopniu dostosować się do mentalności obcokrajowców. Te procesy adaptacyjne jednak trochę trwały. Największym problemem dla cudzoziemców było znalezienie pracy — niestety wiele dróg było dla nich z góry zamkniętych.

Czyli we Włoszech również nie było tak łatwo o pracę dla imigrantów?

– W tamtych czasach panował bardzo silny nepotyzm. Jeśli nie miało się odpowiednich koneksji rodzinnych lub nie znało się osób piastujących stanowiska urzędowe, znalezienie pracy było bardzo trudne. Cudzoziemcy mogli podejmować głównie bardziej „proste” prace, dostępne dla większości osób — często zupełnie niezgodne z ich wykształceniem czy aspiracjami.

Myślę tu przede wszystkim o Polkach (ponieważ bardzo dużą część cudzoziemek stanowiły właśnie kobiety z Polski), które najczęściej wykonywały zawody związane ze sprzątaniem, opieką nad osobami starszymi lub dziećmi. Ja akurat nie miałam takich problemów, ponieważ na początku nie pracowałam, a po roku założyliśmy — jak to się mówi — własny biznes. W efekcie byłam jedyną Polką, która zajmowała się tam działalnością gospodarczą. Prowadziliśmy kawiarnię i pizzerię, a później także restaurację, dzięki czemu stałam się rozpoznawalna wśród klientów. A klientami byli przede wszystkim Włosi — w tym również przedstawiciele najważniejszych lokalnych instytucji i klubów sportowych serii A.

Czy to był czynnik, który umożliwił Pani później działalność społeczną?

– Na pewno. W pewnym momencie stałam się osobą rozpoznawalną — kojarzono mnie po prostu z naszym lokalem. Mogę więc powiedzieć, że ta sytuacja w przyszłości bardzo, bardzo pomogła w rozwoju naszej organizacji. Związek Polaków w Kalabrii założyliśmy w 2003 roku (była to grupa Polek i jeden Polak). Wówczas okazało się, że wiele drzwi w urzędach otworzyło się przed nami właśnie dlatego, że mnie znano i kojarzono.

Zresztą do tej pory to odczuwam, mimo że od wielu lat nie prowadzę już tego biznesu. Wpływ na to miały także czynniki rodzinne — mam czwórkę dzieci (obecnie są to już osoby dorosłe). Kilkanaście lat temu wymagały one jednak większej opieki, dlatego w pewnym momencie przekazałam prowadzenie biznesu mężowi i jego krewnym, a sama poświęciłam się rodzinie oraz działalności społecznej.

Od prawie 20 lat jestem również tłumaczem przysięgłym języka włoskiego i polskiego, zarejestrowanym w tutejszym sądzie okręgowym. Obecnie moja działalność koncentruje się głównie na tłumaczeniach. Często są to jednak tłumaczenia wykonywane „w gratisie”, będące formą wsparcia — ponieważ wśród Polaków nie brakuje sytuacji wymagających pomocy.

Logo Związku Polaków w Kalabrii. Źródło: https://www.associazionepolacchiincalabria.it/
Logo Związku Polaków w Kalabrii. Źródło: https://www.associazionepolacchiincalabria.it/

Na takim wsparciu skupia się właśnie Wasza organizacja?

– Sytuacji, w których Polacy potrzebują wsparcia, jest sporo. Nasza organizacja, założona w 2003 roku, koncentrowała się jednak przede wszystkim na działalności kulturalnej i społecznej. Z kolei w 2012 roku postanowiliśmy otworzyć przy niej sobotnią szkółkę polską — Polską Szkołę Eksperymentalną — która przez wiele lat funkcjonowała całkiem sprawnie. Dysponowaliśmy dwiema salkami przy kościele w Reggio di Calabria. Niestety pandemia COVID-19 przekreśliła część naszych planów edukacyjnych — proboszcz na dwa lata całkowicie wyłączył możliwość korzystania z tych pomieszczeń.

Czy próbowaliście z nauczaniem online?

– Tak, praktycznie natychmiast musieliśmy przekształcić naszą działalność edukacyjną w szkołę online — i niestety w takiej formie funkcjonuje ona do dziś. Po pandemii wierzyliśmy, że uda nam się wrócić do zajęć stacjonarnych w salkach, jednak okazało się, że godziny jej dostępności nie pozwalają na prowadzenie zajęć dla młodszych dzieci — musielibyśmy rozpoczynać lekcje dopiero o 19.00. Dla rodziców, którzy przywozili dzieci z dalszych części Kalabrii, było to niewykonalne. W efekcie musieliśmy zrezygnować z najmłodszej grupy.

Przy małych dzieciach nie sprawdziła się zdalna forma nauczania?

– Początkowo staraliśmy się prowadzić zajęcia online, jednak w wielu przypadkach mieliśmy do czynienia z rodzinami wielodzietnymi, w których dostępny był tylko jeden komputer. W związku z tym jednoczesne prowadzenie zajęć dla dwóch lub trzech grup wiekowych było bardzo męczące — zarówno dla młodzieży, jak i przede wszystkim dla nas, nauczycielek. Dlatego postanowiliśmy skupić się wyłącznie na starszej młodzieży — uczniach gimnazjów i liceów — a także na studentach oraz osobach dorosłych.

Tak w skrócie wygląda nasza historia edukacyjna. Prowadzimy bardzo wiele różnorodnych zajęć edukacyjnych, a ponadto jesteśmy autorami licznych prezentacji, szczególnie poświęconych wybitnym Polakom. Staramy się również opracowywać broszury w języku polskim i włoskim — niewielkie kompendia wiedzy na temat wybitnych postaci, takich jak: Maria Skłodowska-Curie, Mikołaj Kopernik, Jan Paweł II czy Jan Czochralski. Wciąż bowiem funkcjonują — nie tylko we Włoszech, ale także w innych częściach Europy — dawne przekonania, na przykład takie, że Mikołaj Kopernik był Włochem tylko dlatego, że studiował we Włoszech.

Polska Szkoła Eksperymentalna. Źródło: https://www.associazionepolacchiincalabria.it/
Polska Szkoła Eksperymentalna. Źródło: https://www.associazionepolacchiincalabria.it/

Czyli próbujecie wyprowadzać ludzi z błędu?

– Zależy nam na wyjaśnieniu i „wyprostowaniu” tych kwestii historycznych. Podobnie jest w przypadku Marii Skłodowskiej-Curie — Francuzi również niejako ją „zaadaptowali”. Faktycznie, z punktu widzenia formalno-prawnego Maria Skłodowska nie posiadała obywatelstwa polskiego, jednak wynikało to wyłącznie z faktu, że Polska wówczas nie istniała na mapie świata.

Naszym sztandarowym — powiedziałabym — projektem jest postać Jana Czochralskiego. Choć był on znany na świecie i młodzież uczy się o nim w szkołach, to w samej Polsce aż do 2013 roku pozostawał — jak by to ująć — persona non grata. Przez wiele lat się o nim nie mówiło, ponieważ został niesłusznie oskarżony o kolaborację z Niemcami w czasie II wojny światowej.

Można powiedzieć, że walczycie o prawdę historyczną.

– Staramy się takie perełki „wygrzebywać” z popiołów historii i rozpowszechniać sprawdzone, rzetelne informacje. Szukamy również Polaków, którzy mieli swój udział w historii Europy, ponieważ wówczas łatwiej jest nam „sprzedać” taki „polski produkt” w lokalnym kontekście. Z perspektywy historycznej we Włoszech bardzo dużo mówi się o Holokauście, a także o Monte Cassino. Ucząc młodych Polaków, staramy się uświadamiać im wkład naszych rodaków w dzieje Europy.

Czym jeszcze zajmuje się Wasza Organizacja?

– Bardzo dużo działalności naszych skupia się właśnie na kulturze i na wspomnianych tłumaczeniach. Bywało, że o pomoc zwracali się do nas ludzie z Sycylii lub innych regionów Włoch. Była to potrzeba tłumaczenia lub prośba o pomoc w różnych życiowych sytuacjach. A ja – jako że też jestem znana pośród naszej polskiej dyplomacji we Włoszech – starałam się pomagać.

A ilu jest obecnie Polaków w Reggio di Calabria?

– To jest, powiedziałabym, bardzo złożone i trudne do ustalenia. Opracowując szacunki staramy się opierać na chyba najbardziej wiarygodnych informacjach z Czerwonego Krzyża. Na Południu jednak bywało, że wiele osób było po prostu niezarejestrowanych. Szczególnie te kobiety, które przede wszystkim pracowały u rodzin w domach. To zjawisko było szczególnie powszechne przed 2004 rokiem i wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Wówczas realna liczba Polaków w Kalabrii mogła być nawet 3 razy wyższa. Swego czasu mówiło się, że w Reggio Calabria i okolicy było około 10 tysięcy osób. A więc jak na gminę regionu Kalabrii to całkiem sporo.

Jacy cudzoziemcy poza Polakami mieszkali w Kalabrii?

– Cudzoziemców zawsze było tu sporo, a Polacy plasowali się mniej więcej na piątym–szóstym miejscu pod względem liczebności. Większą grupę stanowili Arabowie pochodzący z północnego wybrzeża Afryki, a także Filipińczycy i Hindusi, którzy zajmowali się głównie rolnictwem. Filipińczycy byli znani z prac porządkowych, z kolei Polki — z opieki nad osobami starszymi. Zawsze cieszyły się dobrą opinią i na tle innych grup etnicznych wyróżniały się dużą empatią oraz wysokimi kompetencjami. Często mówiono, że Polki „nie patrzą na zegarek”.

A obecnie ilu jest Polaków w Kalabrii?

– W tej chwili, według naszego Urzędu Stanu Cywilnego, w samym mieście Reggio Calabria jest zarejestrowanych około tysiąca osób. Realnie na pewno jest ich troszkę więcej, chociaż obecnie jest już zdecydowanie mniej imigrantów, którzy nie są zarejestrowani w urzędzie. Zwłaszcza po 2004 r., gdy otworzyły się inne możliwości zarobkowe oraz inne rynki. Bardzo dużo osób, w tym bardzo dużo kobiet wyjechało, niektóre wróciły do Polski, a sporo po prostu przerzuciło się na tak zwany rynek niemiecki, skandynawski, czy holenderski.

W całej Kalabrii Polaków jest jednak dużo więcej. Drugim miastem, w którym mieszka dość sporo naszych rodaków (około półtora tysiąca) jest Cosenza, przy czym miasto to jest położone koło 200 km na północ od Reggio Calabria, również po stronie Morza Tyrreńskiego. Catanzaro, czyli stolica Kalabrii znajduje się  po prawej stronie – od strony Morza Jońskiego i Morza Adriatyckiego. To jest już zupełnie inny kierunek. W Catanzaro co prawda, również znajduje się pewne skupisko Polonii, ale nie jest już tak duże. Największe skupiska Polaków znaleźć można właśnie w Reggio Calabria i w Cosenzy, przy czym warto podkreślić, że mówimy nie tylko o tych miastach, ale także prowincjach wokół tych miast. W sumie obecnie w całej Kalabrii może znajdować się około 3-4 tysięcy Polaków.

Związek Polaków w Kalabrii - VIII edycja konkursu Polak Roku we Włoszech i na świecie. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1
Związek Polaków w Kalabrii – VIII edycja konkursu Polak Roku we Włoszech i na świecie. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1

Czy dla tych, co wyjechali po 2004 r., Włochy zawiodły jako „ziemia obiecana”?

– No cóż… Polacy mieli dość trudną sytuację, ponieważ bez względu na wykształcenie — a ja osobiście znałam wiele osób z wyższym wykształceniem — nie byli w stanie znaleźć pracy, na przykład w biurze, i musieli zadowolić się zatrudnieniem przy tzw. „ścierce”. Powiedziałabym, że była to przykra sytuacja dla wszystkich cudzoziemców.

Obecnie nie wszyscy cudzoziemcy posiadają tu obywatelstwo. Od 1984 roku nie jest ono już nadawane „z automatu” w wyniku małżeństwa z obywatelem Włoch. Teraz trzeba przejść całą procedurę uzyskania obywatelstwa. Ja miałam jeszcze to szczęście, że w momencie, gdy zawierałam związek małżeński w Warszawie — nie myśląc wówczas w ogóle o wyjeździe do Włoch — nikt mnie nie pytał, czy chcę zostać Włoszką, czy nie.

W tym względzie miała Pani bez wątpienia dużo łatwiej!

– Tak, było zdecydowanie łatwiej, ale wystarczy spojrzeć na fizjonomię — jednak trochę się różnimy. Szczególnie blondynki mają niewiele wspólnego z tutejszą ludnością, wśród której dominują osoby o włosach kasztanowych, ciemnych, a nawet czarnych, kruczych. Od razu było więc widać, kto jest cudzoziemcem, i zawsze — mimo formalnego posiadania obywatelstwa — byliśmy traktowani jak obcy.

A czy teraz sytuacja  zawodowa cudzoziemców uległa zmianie? Jest łatwiej, czy ciągle występują te same trudności?

– To zaczęło się powoli zmieniać. Dziś jest już nieco łatwiej, jednak mimo wszystko uzyskanie pracy w urzędzie czy choćby w szpitalu nadal nie jest proste. Takie osoby muszą przejść pełną procedurę kwalifikacyjną oraz proces weryfikacji dyplomów, a to bywa bardzo skomplikowane.

Gdy przyjechałam w 1983 roku, była to sprawa niemal „nie do załatwienia”, zwłaszcza że Polska nie należała jeszcze do Unii Europejskiej. Nostryfikacja dyplomów była niezwykle trudna, ponieważ bardzo często nie istniały tu odpowiedniki naszych szkół czy uniwersytetów. Prosty przykład to popularne w Polsce liceum ogólnokształcące — we Włoszech nie funkcjonuje takie pojęcie. Są technika, jest liceum naukowe (liceo scientifico), ale nie ma liceum ogólnokształcącego w naszym rozumieniu.

Dodatkowo w Polsce przez pewien czas licea były czteroletnie, podczas gdy we Włoszech obowiązuje pięcioletni cykl nauki. Udowodnienie, że można zweryfikować ten poziom kształcenia i dostosować go do włoskich realiów, było więc niezwykle trudne. Mnie się to udało, ale tylko dlatego, że już wówczas byłam tłumaczem przysięgłym i poświęciłam na ten proces niemal rok. Wielokrotnie jeździłam do Polski, aby tłumaczyć dokumenty i szczegółowo wykazywać — przedmiot po przedmiocie, rok po roku — że liczba godzin, zakres materiału, a przede wszystkim tematyka zajęć były zgodne lub bardzo zbliżone do programu liceum obowiązującego na terenie Reggio di Calabria.

Brzmi jak droga przez mękę!

– Uratowała mnie liczba godzin — ponieważ w tutejszych liceach roczna liczba zajęć była znacznie niższa niż w liceach w Polsce. Największym problemem była jednak sama procedura po stronie polskiej: dokumentacja szkolna po kilku latach traci swoją ważność i znika z archiwów, a w wielu szkołach po pięciu latach znika z archiwów. Gdy ktoś po 10, 20 czy nawet 30 latach próbuje przeprowadzić taką procedurę, staje się to w praktyce niemal niemożliwe. Trzeba się naprawdę bardzo nagimnastykować, aby w ogóle móc ją zrealizować.

Do tego dochodzą ogromne wymagania formalne — setki stron dokumentów do przetłumaczenia, co wiąże się z bardzo wysokimi kosztami. Dla wielu osób, które przyjechały do Włoch przed 2004 rokiem, procedura nostryfikacji dyplomów była więc praktycznie nieosiągalna.

To są rzeczy, o których ludzie mieszkający w Polsce nie mają pojęcia.

– Nie mają. Śmiałam się, że przy tak specyficznych warunkach nie udałoby się nam nawet udowodnić ukończenia przedszkola. Porównywano bowiem dyplomy z zupełnie różnych okresów nauczania — mój dyplom maturalny z lat siedemdziesiątych zestawiano z włoskim programem nauczania z lat dwutysięcznych, kiedy wcześniejsze licea włoskie też o czteroletnim systemie nauczania przeszły już na pięcioletni okres.

Przecież to są edukacyjnie zupełnie dwa światy!

– Dokładnie! Zupełnie inne okresy. Tego przedziału chronologicznego Włosi nie uwzględnili. Bardzo mnie to denerwowało, ale powiedziałam, że nie odpuszczę, dopóki sprawy nie załatwię. Trochę to trwało, ale udało mi się!

Można Panią naprawdę podziwiać za upór! Ale chciałam jeszcze zapytać o „flagowy” projekt Związku Polaków w Kalabrii, jakim jest konkurs „Polak Roku we Włoszech i na Świecie”.

– Jeśli chodzi o ten konkurs, można śmiało powiedzieć, że jest on obecnie naszym absolutnie sztandarowym projektem. Do tej pory odbyło się już dziewięć edycji. Pomysł jego organizacji narodził się w 2014 roku — konkurs funkcjonował wówczas już w innych krajach, m.in. w Niemczech, Holandii i Belgii. Tworząc naszą edycję, wzorowaliśmy się głównie na belgijskim odpowiedniku. Niestety do realizacji tego pomysłu mogliśmy przystąpić dopiero w 2017 roku, w momencie pozyskania podstawowego wsparcia finansowego z polskiej organizacji pozarządowej.

Jestem również przewodniczącą Unii Stowarzyszeń Polsko-Włoskich. Działamy jako biuro wsparcia — przekazujemy informacje, staramy się łączyć środowiska i inicjować współpracę międzynarodową, szczególnie w obszarze relacji polsko-włoskich. Z racji pełnionej funkcji zostałam zaproszona w 2014 r. — wraz z kilkoma koleżankami — do Belgii, gdzie właśnie organizowano konkurs „Polak Roku”. Pomysł bardzo mi się spodobał i postanowiłam przenieść go na grunt włoski.

VIII edycja konkursu Polak Roku we Włoszech i na świecie. Pani Katarzyna Gralińska wraz z jednym z laureatów. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1
VIII edycja konkursu Polak Roku we Włoszech i na świecie. Pani Katarzyna Gralińska wraz z jednym z laureatów. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1

I można powiedzieć, że się udało!

– Niestety trwało to kilka lat, ponieważ ilość pracy, jaką należało w to włożyć, początkowo działała dość zniechęcająco. Ostatecznie jednak udało się pozyskać wsparcie i w 2017 roku uruchomiliśmy nasz projekt.

Przez pierwsze cztery lata konkurs odbywał się wyłącznie na terenie Włoch i miał zasięg krajowy, dlatego nosił nazwę „Polak Roku we Włoszech”. Przy okazji piątej, jubileuszowej edycji, postanowiłam wyjść na arenę międzynarodową i od tego momentu konkurs funkcjonuje pod nazwą „Polak Roku we Włoszech i na Świecie”.

Początkowo zakładaliśmy, że formuła międzynarodowa będzie realizowana jedynie co pięć lat, jednak piąta edycja, która odbyła się w Rzymie, odniosła ogromny sukces na arenie międzynarodowej. Do Kapituły zaprosiłam nie tylko przedstawicieli z Polski i Włoch, lecz także osoby ze środowisk międzynarodowych — w tym nawet ze Stanów Zjednoczonych. Międzynarodowy charakter miała nie tylko Kapituła, ale również grono kandydatów.

Muszę przyznać, że ta formuła spodobała się wszystkim na tyle, iż poproszono mnie o jej utrzymanie. Można więc powiedzieć, że konkurs stale się rozwija — z roku na rok zyskujemy coraz więcej sympatyków i odbiorców.

Megumi Otsuka, jedna z laureatek konkursu „Polak Roku we Włoszech i na Świecie”. Pierwsza z prawej – Pani Katarzyna Gralińska. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1
Megumi Otsuka, jedna z laureatek konkursu „Polak Roku we Włoszech i na Świecie”. Pierwsza z prawej – Pani Katarzyna Gralińska. Źródło: https://www.facebook.com/zwiazekpolakow.kalabria.1

To brzmi fantastycznie!

– Bardzo wiele osób wyraża chęć współpracy z nami. W przyszłym roku organizujemy jubileuszową galę z okazji dziesięciolecia konkursu. Do współpracy zaprosiłam Ambasadora RP oraz kierownika Wydziału Konsularnego – Konsula Generalnego w Rzymie. Jesteśmy już w stałym kontakcie — w listopadzie odbyły się dwie wizyty przygotowawcze. Rozmowy były długie i merytoryczne, a nasz projekt spotkał się z bardzo dużym uznaniem.

Obecnie mamy więc realne wsparcie — polskie służby dyplomatyczne są naszymi partnerami i współorganizatorami wydarzenia galowego. Przy okazji dziesiątej edycji konkursu jesteśmy objęci opieką dyplomatyczną, co jest dla nas niezwykle istotne i stanowi potwierdzenie, że konkurs jest lubiany i doceniany.

Przez ostatnie lata konkurs obejmował sześć kategorii. W przyszłym roku planujemy wprowadzenie siódmej, nowej kategorii — Młody Polak. Ten pomysł spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem ze strony dyplomatów. Od wielu lat konkurs objęty jest również patronatem honorowym zarówno Sejmu, jak i Senatu RP. Jest to dla nas ważne, ponieważ chcemy zainteresować szerszą publiczność także tematyką młodego pokolenia — zwłaszcza osób urodzonych już na terytorium Włoch i na świecie, które mają polskich rodziców lub dziadków.

A proszę powiedzieć, co Panią najbardziej motywuje do pracy na rzecz Polonii we Włoszech i na świecie?

– Odkąd tu przyjechałam, szukałam polskiego kontaktu. Początkowo, z powodów rodzinnych — małych dzieci — te relacje były nieco utrudnione, ponieważ miałam niewiele czasu, który mogłam poświęcić działalności społecznej. Z czasem jednak zauważyłam, jak wiele osób boryka się z różnymi trudnymi sytuacjami i chciałam im po prostu pomóc. Nie dotyczyły one wyłącznie spraw osobistych, lecz przede wszystkim problemów związanych z pracą.

Najczęściej konieczne było wsparcie językowe — tłumaczenia, ponieważ wiele osób nie znało języka na tyle dobrze, by samodzielnie załatwiać sprawy urzędowe. Nawet dziś zdarzają się osoby, które mieszkają tu od ponad dziesięciu lat, lecz funkcjonują głównie w obrębie rodziny, „w czterech ścianach”, i ich znajomość języka włoskiego pozostaje słaba.

Takie osoby wymagały wsparcia również w sytuacjach zdrowotnych. Robiłam to, czego same nie były w stanie zrobić z powodów językowych. Ta działalność społeczna była dla mnie bardzo mobilizująca. Z czasem wiele z nas wychowało już dzieci do tego etapu, że zaczynały uczęszczać do włoskich szkół, a wtedy pojawiło się silne pragnienie, by przekazać im również język polski, kulturę i tradycję.

Obecnie nasz konkurs bardzo się rozrósł i jest postrzegany niezwykle pozytywnie w środowisku polonijnym. Nie musimy już szukać osób chętnych do pomocy — zgłaszają się same i aktywnie wspierają jego promocję. W konkursie funkcjonuje również jeszcze jedna ciekawa kategoria…

Proszę opowiedzieć!

– Nazywa się ona „Polak z Wyboru” i jest kategorią przeznaczoną dla wszystkich cudzoziemców. Cieszy się ona ogromną popularnością. Jestem autorką tego projektu i sama bardzo go cenię, ponieważ pozwala on przyciągnąć do konkursu zarówno Włochów — którzy aktywnie nas promują — jak i innych cudzoziemców. Znam nawet sytuacje, w których sama nominacja otwierała laureatom drzwi do realizacji ich projektów.

Zdarzyło się również, że informacja o naszym konkursie pojawiła się w prasie w Tokio, w Japonii! To dla nas ogromna satysfakcja — efekt naszej pracy jest naprawdę niesamowity. Laureatką była Japonka, która pół roku mieszka w Tokio, a pół roku w Wiedniu. Jest pianistką, nie ma polskich korzeni, a mimo to zdobyła naszą statuetkę, ponieważ promuje naszych polskich kompozytorów.

Wzmianka o Konkursie „Polak Roku we Włoszech i na Świecie” w japońskiej gazecie. Źródło: https://www.facebook.com/photo/?fbid=1746441585725571&set=a.174513162918429
Wzmianka o Konkursie „Polak Roku we Włoszech i na Świecie” w japońskiej gazecie. Źródło: https://www.facebook.com/photo/?fbid=1746441585725571&set=a.174513162918429

Nasz jubileuszowy projekt będzie naprawdę dużym wydarzeniem — zwłaszcza że mamy wsparcie organów dyplomatycznych oraz najważniejszych polskich instytucji państwowych. Będzie to również edycja wyjątkowa, ponieważ dojdzie do spotkania laureatów wszystkich dotychczasowych edycji konkursu.

To serdecznie życzę, żeby wszystko udało się zgodnie z oczekiwaniami! Serdecznie dziękuję za rozmowę!

Przewijanie do góry
Przejdź do treści