Podczas obchodów 60-lecia polskiego Gimnazjum im. Stanisława Moniuszki w Kowalczukach na Litwie obecna była Pani Bernadetta Mikulewicz- kobieta, będąca prawdziwym świadkiem historii swojej małej ojczyzny. Jako jedna z ostatnich osób pamięta wojenne losy Kowalczuk oraz okolic, i tą właśnie opowieścią postanowiła się z nami podzielić.

Witam serdecznie. Podczas dzisiejszych uroczystości była Pani szczególnym gościem. Czy to prawda, że pamięta Pani jak wyglądała kowalczucka szkoła w czasie wojny i zaraz po niej?
Dzień dobry, a tak prawda, bo urodziłam się w 1939 roku, w ostatnich miesiącach jak tutaj była Polska. Także jako dziecko pamiętam wojnę, ale do szkoły poszłam już po wojnie. O tym, co było wcześniej opowiadali mi rodzice i starsi koledzy.
Właśnie ciężko jest znaleźć dokumenty i inne pewne informacje, jak wyglądała szkoła w Kowalczukach przed wojną i w jej trakcie. Są tylko dokumenty mówiące o szkole powszechnej
Taka szkoła była za Polski w Kowalczukach. Mnie jeszcze wtedy na świecie nie było ale później mi o tym opowiadano. Tam była nauka oczywiście po polsku, bo i wtedy w Kowalczukach mieszkali głównie Polacy, ale też dużo Żydów. Spokojnie się żyło aż się wojna zaczęła, ja wtedy miałam ledwie kilka miesięcy.
Niech Pani zacznie od początku, czyli tych ostatnich tygodni przedwojennej Polski
Ja urodzona jestem 2 lipca, a chrzczona byłam 20 sierpnia w kościele w Szumsku i na imię dali mi Maria, ale jako że tego dnia był dzień św. Bernadetty, to ojciec z księdzem uradzili, żebym miała takie dwa imiona. A potem, jak jesienią 1939 przyszli Litwini, to mi imienia Maria w dokumentach nie zapisali, i tak zostałam Bernadettą. A co do mojego taty, to na moich chrzcinach miał już wezwanie do wojska polskiego, bo była mobilizacja do spodziewanej wojny z Niemcami. I tak można powiedzieć, że z chrzcin córki poszedł na wojnę i już nie wrócił.
A co Pani pamięta, czy też wie od starszych, jak wyglądał początek wojny w Kowalczukach?
Najpierw w 1939 przyszli Sowieci i szkoła przestała działać. Zaraz potem jednak weszli Litwini i wtedy na nowo otworzyli szkołę, ale nauka była tylko po litewsku. W roku 1940 była już pierwsza klasa w języku litewskim. Mam zebrane w domu świadectwa szkolne wielu mieszkańców Kowalczuk z tego okresu napisane po litewsku. Dużo czasu nie minęło, bo już latem 1940 roku znowu przyszli Sowieci i wszystko wywróciło się kolejny raz do góry nogami.
Czy wtedy szkoła kontynuowała działalność?
Wtedy szkoła nie działała. Ja pamiętam, bo już większa byłam i coś tam widziałam, że w naszej okolicy było wtedy dużo wojska. Pamiętam dwa doły w ziemi, w których ustawione były działa, takie holowane ciężarówkami. Jak w 1941 roku przyszli Niemcy, to szkoły dalej nie było, przynajmniej ja nic takiego nie pamiętam.
Przyjście Niemców musiało być szczególnie ciężkie dla waszych żydowskich sąsiadów prawda?
Oj tak to był kres dla żydowskiej części Kowalczuk. Nasi Żydzi byli po polskiej szkole, co bogatsi wysyłali dzieci na naukę do Wilna. Dobrze z nimi żyliśmy. U nas bezpośrednio mordów żadnych nie było, ale Niemcy wszystkich Żydów zabrali do getta do Wilna. Tak słuch po nich zaginął. Później po wojnie kilku z nich przyjeżdżało odwiedzić stare kąty, ci co ocaleli. Jako dorosła interesowałam się tym mocno i dzisiaj mam spisane nazwiska wszystkich żydowskich rodzin z Kowalczuk.
Niestety tak to wyglądało wszędzie, gdzie weszli Niemcy. A jak wam, Polakom, żyło się pod niemiecką okupacją?
Cóż tutaj muszę powiedzieć, że żadnych tragicznych wydarzeń w Kowalczukach nie było. Niemcy dali wszystkim swoje dokumenty, jak mam na przykład niemiecki dowód mojej mamy do dzisiaj. Chodzili ich żołnierze, patrolowali, przychodzili do gospodarzy po jedzenie. Pamiętam jak mówili: „matka, mleko!”. Partyzantów blisko nie było, to i spokój Niemcy wsi dawali. Była taka jedna traumatyczna dla mnie chwila, chociaż ktoś by mógł się śmiać z tego, ale dla dziecka to była tragedia. Niemcy wprowadzili w nocy godzinę policyjną i też kazali wszystkie psy wiązać. Ale jakoś tak się zdarzyło, że jeden pies po sąsiedzku słabo był uwiązany, a też ogrodzenia nie było. Na moich oczach niemiecki patrol tego pieska zastrzelił, bo się zerwał i zaczął biec w ich stronę i szczekać. Był taki piękny bielutki, do dzisiaj pamiętam. Zaraz wyleciała sąsiadka z domu i zaczęła krzyczeć na nich. Jeden Niemiec po polsku umiał mówić i wytłumaczył, że jest rozkaz psy wiązać. Spokojnie z nią rozmawiał. Później już wszyscy we wsi psy mocno wiązali. I tak rok 1944 przyszedł, a wtedy Sowieci wrócili.
Sowieci wrócili i niedługo potem wojna się skończyła. Jednak na Wileńszczyźnie dużo Polaków pozostało i nie wywieziono ich w nowe granice Polski. Jak to było w wypadku Pani rodziny?
Z Kowalczuk bardzo dużo ludzi wyjechało wtedy do Polski. Ale nasza rodzina została. Myślę że dlatego, że mężczyzn nie było, bo i mój tata i jego szwagier z wojny nie wrócili, a kobietom ciężko wszystko zostawić i ruszyć w nieznane. My też cicho siedzieliśmy, ciągle w strachu. Przecież tata był polskim żołnierzem, a ruscy mówili: „Kto Palakom pomagał, wsiech w Sybir otpravim”. Więc pierwsze miesiące po wojnie żyliśmy w strachu i starsi z rodziny pewnie z tego powodu bali się z jakimikolwiek władzami rozmawiać, nawet z tą komisją repatriacyjną. Tak minął nam czas wyjazdów i zostaliśmy, trochę ze strachu, trochę z przypadku. Ja ledwie 6 lat wtedy miałam więc wszystkiego mi nie mówili.
Skoro zostaliście, to musiała pójść Pani do jakiejś szkoły na miejscu
Już w 1945 kowalczucka szkoła wznowiła swoją działalność i to w języku polskim. Nasi ludzie sami oddolnie to zrobili. Wtedy jeszcze Rosjan we wsi nie było, a Litwini, co w czasie wojny przyjechali w nasze okolice, razem z Niemcami uciekli ,wiec nauka była tylko po polsku. Ja wtedy poszłam do pierwszej klasy. Długo jednak tak nie było. Już na jesieni 1947 przyszli ruscy nauczyciele i język wprowadzono rosyjski. Pamiętam, jak do nas nauczycielka po rosyjsku coś mówiła, a myśmy po sobie patrzyli i nic nie rozumieliśmy. Potem zaczęli się Rosjanie i Białorusini osiedlać w pustych domach po Żydach, a tych uczniów, co po rosyjsku mówili, to nauczyciele tak jakby wywyższali ponad Polaków- sadzali ich obok siebie. Często też dostało się linijką za mówienie po polsku, albo jak ktoś po rosyjsku nie rozumiał. Ale jakoś Pan Bóg dopomógł, że szkołę się skończyło. Później , jeszcze za Sowietów, pozwolili uczyć w dwóch językach, po rosyjsku i polsku, oraz przejściowo po litewsku. Z biegiem lat zamieszkało też u nas sporo Litwinów.
Szczęśliwie dzisiaj, w szkole uczy się znowu tylko po polsku, a Pani mogła wziąć udział w 60-tych urodzinach jej funkcjonowania w dużym, porządnym gmachu. Jakie to uczucie?
To duża radość dla mnie, widzieć, jak dzieci tak pięknie po polsku śpiewają na tle naszej flagi. Dobrze, że w wolnej Litwie pozwalają nam mieć polskie szkoły. Przypomina mi się moja pierwsza klasa, ta od razu po wojnie kiedy się po polsku uczyliśmy. Oby tak dalej było, bo my tutaj jesteśmy na naszej rodzinnej ziemi. Tak sobie myślę, że to może i dobrze, żeśmy w 1945 z rodziną do Polski nie wyjechali. Szczęśliwie spędziłam tu swoje życie.
To życie nadal trwa, jest Pani pełna wigoru, a Pani pamięć działa jak u nastolatki.
Oh dużo tego w głowie zgromadziłam. Ważne, że mogę to gdzieś przekazać, aby te historie nie zostały zapomniane.
Na pewno przetrwają, chociażby dzięki naszej rozmowie. Bardzo Pani dziękuję i życzę wiele zdrowia.
Ja również dziękuję, zapraszam do nas, do Kowalczuk i naszej szkoły. Skończyła 60 lat, ale jest nadal w sile wieku.


