Polka w Południowym Tyrolu, czyli rozmowa z Martą Rojek

Autor:Anna Kuleszewicz-Toborek

Południowy Tyrol to region wyjątkowy w skali Europy. Region, w którym piękne górskie widoki przeplatają się z kilkoma językami, kulturami i dziedzictwem złożonej historii. O włoskiej i tyrolskiej mentalności, Polakach, Dolomitach, lokalnym winie i Instagramie mieliśmy okazję porozmawiać z Panią Martą Rojek – Polką, która w Tyrolu Południowym mieszka od prawie ćwierćwiecza.

Marta Rojek, a za nią widok na okolice Bolzano. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.
Marta Rojek, a za nią widok na okolice Bolzano. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.

Anna Kuleszewicz-Toborek: Na wstępie bardzo dziękuję, że znalazła Pani czas na rozmowę! Proszę powiedzieć, jaka jest Pani historia, co sprawiło, że trafiła Pani do północnych Włoch?

Marta Rojek: Do Włoch trafiłam w sumie z powodu miłości, więc mam trochę inną historię i z tego tytułu miałam do Włoch inne nastawienie. W pewnym sensie wyjechałam wbrew sobie, bo w ogóle nie brałam pod uwagę tego kraju. Wcześniej byłam w Grecji – a Grecję pokochałam, wyjechałam tam zaraz po studiach. To była taka spontaniczna przygoda. Później wstąpiłam do Włoch z przekonaniem, że będę tam tylko na chwilę. No i ta chwila trwa już 24 lata.

Marta Rojek. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.

Jak się Pani żyje na północy Włoch? Co tu Pani uwielbia, a co Panią drażni?

Ja dość często o tym myślę – Włochy są tak zróżnicowane i tak momentami absurdalne… Tu jest inaczej niż w Polsce. U nas są, co prawda, różnice regionalne, ale jak się Polak z Polakiem spotyka to okazuje się, że pod względem mentalnym jesteśmy całkiem jednolitym narodem. A tutaj Włosi jeszcze bardziej podkreślają swoją indywidualność, o języku to już nie wspominam… Ja swego czasu byłam bardzo krótko na południu Włoch, skąd uciekłam. I uciekłam właśnie do Bolzano, czyli do regionu autonomicznego. Tu jest duży wpływ kultury austriackiej (region ten należy zaledwie od 100 lat do Włoch).

I jest to teren dwujęzyczny.

Tak, to jest teren dwujęzyczny. Funkcjonują tu dwa języki, a właściwie trzy – włoski i niemiecki, a w poszczególnych dolinach jest jeszcze język retroromański – ladyński. A tutaj ta społeczność jest bardzo wymieszana, przy czym stolica południowego Tyrolu (Bolzano) jest najbardziej włoska w tym „niewłoskim” regionie. Bo już dwa kilometry poza Bolzano tego włoskiego nie słychać. Mieszkający tam ludzie oczywiście mówią po włosku, ale oni z dziada pradziada są niemieckojęzyczni. Mają własne szkoły, urzędy, tu jest wszystko podzielone na dwa języki. Ta społeczność niemieckojęzyczna stanowi większość. Bolzano to ciekawe miasto, ciekawa ziemia, ale nie jest to łatwy teren do życia.

Jak się Pani tam odnalazła? Opanowała Pani te dwa języki czy nadal są jakieś bariery?

Rozmawiam bardziej po włosku, bo w Bolzano można żyć i mieszkać w kontekście włoskim, używając rzadko języka niemieckiego, w zależności jaką pracę się wykonuje. Ja sobie jakoś radzę w tych dwóch językach, choć nie na tym samym poziomie. Ale tak – znam też język niemiecki, choć moje dzieci znają go lepiej [śmiech]!

A jakie są te relacje społeczne? Czy jest jakaś różnica pomiędzy niemieckojęzycznymi a włoskojęzycznymi?

To jest całkiem ciekawe zagadnienie. Mogę powiedzieć na przykładzie mojej córki, która ukończyła szkoły włoskie. Tutaj młodzież rozmawia sobie w 3 językach: jeden mówi po włosku, drugi po niemiecku, później jest angielski… i oni mieszają te języki. To jest po prostu niesamowite, jak oni sobie radzą z tymi językami! Czasami ktoś mówi po niemiecku, a druga osoba odpowiada mu po włosku.

Włosi generalnie nie lubią uczyć się języków. Warto też podkreślić, że większość mieszkańców Bolzano jest napływowych. Po I wojnie Mussolini po prostu zitalianizował ten region „na siłę” – w bardzo brutalny i agresywny sposób, ściągając tu różnych Włochów, przeważnie z południa. Ci Włosi mają taki stosunek władczy, agresywny „My jesteśmy na terenie Włoch i musicie mówić po włosku!”. Ale wtedy trudno było oczekiwać od rodowitych Tyrolczyków, którzy przez ponad 600 lat należeli do Austrii, żeby nagle mówili po włosku. Z tego powodu utrzymywał się tu duży konflikt i jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku były tu wybuchy partyzantek. Tutaj toczyła się w pewnym sensie wojna domowa, mająca sprawić, żeby społeczność tyrolska mogła mieć ustanowione swoje prawa do kultury, tożsamości, języka i pielęgnowania tego swojego tyrolskiego świata. I dopiero w jakoś w okolicach 2000 roku to się uspokoiło.

To ta naprawdę świeża historia!

I świeża i długa, bo temat autonomii to ciągnął się od lat 50. XX w.

A jakie są relacje pomiędzy miejscowymi Polakami? Czy jest ich dużo, są skupieni, rozproszeni, dbają o relacje z innymi Rodakami?

O nie… Ja byłam często motorem integracji. Kilkukrotnie starałam się zebrać społeczność polską, nawet przez social-media. Rok temu udało mi się zwołać około 40 osób, bo miałam taki pomysł, żebyśmy stanowili jakąś… może nie oficjalną organizację, ale taką grupę. Zwłaszcza, że mamy tu naprawdę spore możliwości np. wspólnego wyjścia w góry czy zwiedzania okolic (ja pracowałam w turystyce, więc mam bzika na tym punkcie!). Jednak Polacy tutaj są niezgrani, niezorganizowani. Wynika to z tego, że dobrze się asymilujemy z lokalną społecznością, poza tym nadal panuje przekonanie, że „Polak Polakowi wilkiem”. Wszyscy oczekują też wszystkiego podanego „na tacy”. Doszło do spotkania, ale z tych 40 zaproszonych osób zaprezentowało się 17. Powstała nieformalna grupka kobiet, które po prostu zawiązały ze sobą przyjaźń. Inni nie są zainteresowani budowaniem relacji. Kobiety jeszcze tak, mężczyźni absolutnie nie.

Czyli takie damskie relacje towarzyskie?

Towarzyskie i projektowe, bo niektórzy prowadzą np. różne warsztaty (np. jogi), ja swego czasu też wyprowadzałam ludzi na spacery w góry. Czasami takie wycieczki sobie organizujemy, ale to nie są regularne spotkania i wielkie grupy. Zazwyczaj jesteśmy w kontakcie tak do 4 osób.

Jest jedno stowarzyszenie polskie, założyła je moja znajoma, ale w mojej opinii popełniła błąd. Po pierwsze, założyła je pod nazwą włoską, a nie wszyscy Polacy mówią tak dobrze po włosku. A z drugiej strony zamiast skupić się na działalności „dla Polaków” skupia się obecnie na pomocy „dla Ukrainy”. Nic nie jest robione dla Polaków. To była raczej taktyka biznesowa i uważam to za duży błąd.

W „swoim żywiole”, czyli podczas wyjścia w góry. Marta Rojek stara się zachęcać miejscowych Polaków do integracji – także na łonie natury. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.
W „swoim żywiole”, czyli podczas wyjścia w góry. Marta Rojek stara się zachęcać miejscowych Polaków do integracji – także na łonie natury. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.

A jak duża jest społeczność polska w Bolzano?

Samych Polaków jest tu niewielu. Gdy analizowałam statystyki jakieś 5 lat temu to było tu około 1500 osób zarejestrowanych. Dużo jest też sezonowych pracowników, nie wiadomo też do końca ile osób przebywa tu nieoficjalne. Ale na około 500 tys. mieszkańców w regionie Polaków jest niewiele.

A czym się Pani na co dzień zajmuje? Wspomniała Pani o turystyce, wcześniej rozmawiałyśmy także na temat nieruchomości.

Te nieruchomości „urodziły się” w ramach turystyki. Ja pracowałam tutaj w różnych gałęziach turystycznych w międzyczasie założyłam profil na Instagramie i Facebooku „Go To South Tyrol1” i tam opowiadałam o naszych rodzinnych aktywnościach, pisałam też trochę o winach i o tym, co można zobaczyć. Zaczęłam też pisać spersonalizowane plany pobytowe dla Polaków, ale południowy Tyrol nie jest aż tak często odwiedzany. Polacy jeżdżą głównie w Dolomity, ale nie wybierają noclegu w okolicach Bolzano, być może dlatego, że Bolzano jest raczej drogim miastem.

A czy coraz więcej turystów interesuje się tym regionem i Dolomitami?

Dolomiami – tak. Ja oprócz tego mam jeszcze swoją grupę na Facebooku „Dolomity najpiękniejsze góry świata2” i tam stale grupa rośnie. Ale pojawiają się tam zazwyczaj te standardowe „Dolomity instagramowe”, czyli Val Gardena, Cortina, ale ludzie w ogóle nie biorą pod uwagę Bolzano.

A czy często trafiają do Pani osoby, które chcą właśnie odkryć „coś innego” i mniej „instagramowego”?

Teraz już tak się tą działalnością nie zajmuję. Ale zdarzało się, że jak ktoś do mnie trafiał to potrafiłam mu przedstawić coś innego i nieznanego, coś nieodkrytego przez przewodników lub blogerów. A później z tej turystyki zaczęli kontaktować się ze mną ludzie w sprawie nieruchomości.

Czyli pomaga Pani osobom, które chciałyby nieruchomość zakupić we Włoszech?

Ja pomagam w bardzo szerokim aspekcie. Obecnie piszę projekt dla stowarzyszenia, które zarejestrowaliśmy. Będzie to taki szeroki projekt. Ja generalnie jestem dyplomowanym zielarzem [śmiech!], więc piszemy teraz projekt na temat rożnych szkoleń i warsztatów. Na razie się to formuje, ale sprawa nieruchomości będzie stanowiła część projektu zachęcającego ludzi do zwolnienia w swoim życiu i znalezienia tutaj swojej oazy. Będzie to częściowo znajdowanie nieruchomości z uwzględnieniem bogactwa natury wokół.

Jak ktoś do mnie trafia to zazwyczaj w ogóle nie zna tego terenu: czy to Dolomitów, czy jeziora Garda. Mają jakieś wyobrażenie, ale nic więcej. A później chcieliby te nieruchomość też wynajmować… No to przeszkalam ich także pod względem turystycznym i jak zarządzać taką nieruchomością.

Czyli zazwyczaj zgłaszają się do Pani Polacy, którzy chcą sobie kupić nieruchomość wakacyjną z możliwością wynajmu dla innych turystów? A czy są tacy, co chcą się przenieść na stałe?

Miałam takie osoby, które pół roku są w stanie tu pracować zdalnie i sobie tutaj po prostu przebywają. Są też osoby, które w ogólnie nie wynajmują, bo uważają te nieruchomości za swoje „gniazdo”.

Jezioro Gara. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.
Jezioro Garda. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne

Czyli podchodzą do tego bardzo osobiście?

Wszyscy podchodzą osobiście [śmiech]! A ja im potem muszę tłumaczyć, ze jak chcą robić biznes, to muszą to rozdzielić. Chcą mieć dla siebie, wynajmować i jeszcze ściągnąć ciocię, wujka i babcię… Do tego chcą robić biznes i to jeszcze całoroczny. A to się tak nie da!

Polacy mocno cwaniakują, chcą robić flipy albo robić kilka apartamentów z 60-metrowego mieszkania. Ja na to mówię „NIE!”. I dlatego mam swój projekt, w ramach którego chcę przekonać Polaków, by skupili się na regionalności, na kulturze, na ty co można uwydatnić, aby ta nieruchomość stała się wyjątkowa.

Czyli namawia Pani na „pójście w jakość, a nie w ilość”?

Jakość bez wątpienia ma znaczenie (mamy tu nawet markę „Qualität Südtirol” określającą najlepsze produkty w regionie), ale chodzi też o jakiś dobry koncept. O to, żeby na daną nieruchomość mieć swój pomysł, który ją wyróżni.

A czy coraz więcej Polaków interesuje się zakupem nieruchomości we Włoszech? Pamiętam swego czasu był w Polsce „boom” na kupno nieruchomości w Hiszpanii.

Tak, „boom” jest na Włochy i to z trzech powodów. Po pierwsze, Hiszpania jest za gorąca. Po drugie – można szybko dojechać z Polski. Niektórzy klienci, którzy do mnie trafili zrezygnowali właśnie z Hiszpanii na rzecz Włoch z uwagi właśnie na odległość.

Czyli ta stosunkowa bliskość północy Włoch jest tym atutem – możliwość dojechania samochodem.

Bliskość i – tego by Pani nie zgadła – dostęp do wody. To są najczęstsze pytania: czy jest dostęp do wody? Czy jest problem z imigrantami? Czy jest tu bezpiecznie? To pytają często ludzie, którzy coś odziedziczyli i chcą ten majątek ulokować. Dużo jest entuzjastów, którzy trafiają na grupy „nieruchomości do 100 tysięcy euro” i przybiegają w euforii „O, jakie to tanie!”. No… na Sycylii, na Calabrii, może gdzieś tam w Apulii można kupić coś takiego, tam, gdzie nie ma ogrzewania… Ale tutaj, czy nad Gardą, nie jest to realne.

Jacy Polacy najczęściej kupują we Włoszech nieruchomości? Ci mieszkający, Polacy z Polski czy może Polacy mieszkający w jeszcze innych krajach?

Polacy we Włoszech na pewno kupują, choć ja mam mniej z nimi o czynienia. Takie Polki, które się wżeniają we włoską rodzinę zazwyczaj już dobrze znają język. Do mnie trafiają ludzie, którzy chcą kupić, a nie znają języka i nie znają rynku, nie wiedzą gdzie kupić. Ja jestem w stanie ich pokierować, wiem, które miejscowości funkcjonują dłużej. W rejonie jeziora Garda czasami wystarczy odległość 5 km, by znaleźć miasteczko funkcjonujące turystycznie nawet zimą, podczas, gdy w okolicy sezon zamiera pod koniec września.

Czyli Pani atutem jest dogłębna znajomość terenu. Tu troszkę przeskakując, ale nawiązując do tej znajomości zapytam: co Panią denerwuje we Włoszech?

Włosi [śmiech]! Włosi! Oni po prostu potrzebują 3-4 razy więcej czasu, żeby zrozumieć pewne rzeczy! My Polacy (choć ja sama jestem już troszkę inna) działamy nerwowo i chcemy wszystko zrobić w ciągu 2 minut, a Włosi potrzebują na to 2 godziny.

Czyli Włosi mają czas?

Ja nie wiem, czy Włosi tak mają czas… Oni tego czasu po prostu nie mierzą! No i aby rozwiązać niektóre sytuacje trzeba się wspiąć na Mount Everest, a w polskiej perspektywie byłoby to po prostu kliknięcie myszką. A tak poza tym Włosi narzekają bardzo dużo.

Czyli to nie tylko Polacy narzekają!?

Ale gdzie tam! Oh, Dio! „Słońce! Za gorąco! Czarna chmura, nie wychodzimy – bo zaraz będzie lało!”. Tu powiem ciekawostkę: to narzekanie najlepiej widać na przykładzie przedszkoli „włoskich” i „niemieckich”. Dzieci w przedszkolach niemieckojęzycznych są każdego dnia na dworze – nie ważne czy pada lub wieje. Dzieci włoskie… „Oh Dio! Dzisiaj będzie padać!” To, że będzie padać o 18:00 to nie ma znaczenia – dzieciom i tak już nie pozwolimy wyjść na podwórko!

A za czym Pani najbardziej tęskni z Polski? Poza tymi elementami naszej mentalności…

Tu coś musze tylko sprostować… Bo jednak trochę czym innym jest ta ogólna mentalność „włoska”, o której opowiadałam, a tyrolska. Tyrolczycy są dość podobni do nas: i pod względem kuchni i pod względem załatwiania różnych spraw. Powiedziałabym, że są bardziej „ogarnięci” od typowych Włochów. A za czym tęsknie…? Powiem pani, że chyba za niczym nie tęsknię! Po prostu – ja się tu dobrze czuję!

Czyli znalazła Pani – trochę przez przypadek – swoje miejsce na ziemi?

Ja staram się wszędzie widzieć pozytywne faktory – nie koncentruję się na tych negatywnych, choć oczywiście je zauważam. O! Rzeczą, która mnie tu jeszcze denerwuje jest taka schematyczność, nie ma spontaniczności, elastyczności działania. Taki wpływ austriacki – wszystko musi być „in Ordnung”! My, Polacy, jesteśmy mistrzami improwizacji. A oni – niekoniecznie. Mówię tu o Tyrolczykach.

A Włosi są czasami tacy… „dziadowscy”… To widać odnośnie tych nieruchomości. Najsłabszym punktem danych nieruchomości jest łazienka. Włosi nie mają takiego stosunku do mieszkania jak my – Polacy. My w ostatnich 30 latach dorobiliśmy się i zmienialiśmy te mieszkania… Polki są poza tym takie, że co dwa lata robią remont, przemeblowanie lub odświeżenie wnętrz, żeby ten dom wyglądał, bo dom to nasza wizytówka. Włosi o to nie dbają.

Czyli oni po prostu nie dbają o swoje domy, tak jak my do tego przywykliśmy?

Tak, to jest spora różnica. Jest wielu majętnych Włochów, którzy mogliby sobie pozwolić na wielki remont oraz podwyższenie standardu domu lub mieszkania, ale tego nie robią. Po prostu nie czują potrzeby.

Są to ciekawe różnice w mentalności.

Tak, no i te mieszkania wyglądają jak wyglądają. A jak przyjeżdżają Polacy to mają wyobrażenie, że kupując mieszkanie za milion złotych to kupią coś w wysokim standardzie. No i ja ich muszę „edukować” w tym temacie, co czasami jest ciężkie.

A wracając jeszcze… Brakuje mi krajobrazów polskich. Tej takiej wolności, takiej dzikości natury. Ja wychowałam się tak, że miałam za domem łąki, las, trzy jeziora… Mimo, że się wychowałam na Śląsku to wiecznie się czułam jakbym była na wakacjach.

Na szczęście w Tyrolu chyba też pięknych widoków nie brakuje

Nie! Ja dlatego tutaj jestem! Wystarczy, że otworzę okno i widzę panoramę Dolomitów! Bo ja mieszkam nie w samym mieście, a 1200 metrów nad Bolzano i z sypialni mam widok na całe pasmo Dolomitów.

To mówiąc szczerze, bardzo Pani zazdroszczę!

No żyje się tu przyjemnie, nie ma się tu prawa narzekać.

Góry, winnice i słońce, czyli widok na okolice Bolzano. Źródło: Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.
Góry, winnice i słońce, czyli widok na okolice Bolzano. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.

A jakie jest Pani ulubione miejsce? Takie, które może by Pani poleciła też przyjeżdżającym?

Ja bym poleciła w Bolzano okoliczne winnice. Mamy tu też dwa jeziora: Caldaro i Monticolo. I tu przebiega tez szlak różnych zabudowań średniowiecznych – południowy Tyrol jest jedynym regionem w całej Europie o tak gęstej zabudowie średniowiecznej. Jest tu bardzo dużo ruin, twierdz, zamków. Można się udać od zamku do zamku spacerując. W tych zamkach są hotele, restauracje. Zwiedzając w ten sposób można poczuć wyjątkowość tego miejsca.

Ludzie w Polsce chyba tego nie wiedzą.

Nie wiedzą… W folderach turystycznych przeznaczonych na rynek niemiecki ten region reklamuje się podkreślając ile jest tu dni słonecznych i jakie są widoki. Oni się rozkoszują widokiem. Ten widok, „ausblick” jest w katalogu każdego hotelu. I ten widok jest ważniejszy niż sam standard hotelu. A Polacy patrzą tylko na cenę. Narzekają też na cenę, nawet jeśli znali ją od samego początku.

No to jest chyba gorsza cecha polskiej mentalności.

Ja miałam też wątpliwość przyjemność pracować z influencerami z Polski… Podziękuję…

Ale mam też kontakt z wieloma osobami, które wyprowadzałam na wycieczki to w góry i którzy dzięki mnie poznali różne miejsca, ciekawostki. Niektórzy bali się najbardziej eksplorowania podczas covidu, bo we Włoszech był zakaz wychodzenia z domu. Tylko my jesteśmy tu regionem autonomicznym i mieliśmy swoje zasady – inne niż w pozostałej części Włoch.

Czyli dla branży turystycznej były to zalety tego regionu! To skoro znów chwyciliśmy się wyjątkowości Południowego Tyrolu to jeszcze dopytam o kwestie językowe. Czy oprócz tej całej lokalnej mieszanki Pani dzieci miały możliwość uczyć się jeszcze polskiego?

Nie, nie miały… Ja w domu mówiłam po polsku. Ale tylko ja, bo mój mąż jest Włochem. Nie mieli niestety okazji uczestniczyć w żadnych kursach. Później moja córka jeździła często do Polski, więc ona zna polski bardzo dobrze. Muszę się pochwalić, ona operuje w sześciu językach!

To szczerze podziwiam i zazdroszczę!

Ja też jej zazdroszczę [śmiech]! A mój syn zaś, który ma lat 14, nie miał niestety takiej możliwości, żeby mówić po polsku, więc jego znajomość jest trochę ograniczona. Ale gdy jesteśmy w polskim towarzystwie to stara się mówić i chce mówić. Uczestniczył też w lekcjach online z polskiego.

Należy pochwalić, ze chce mu się uczyć! Znam sytuacje wielu polskich czy częściowo polskich rodzin w różnych częściach świata i z tą znajomością języka oraz jego nauką bywa różnie.

Ja powiem Pani, że to jest duży problem. Bardzo dużo Polek rezygnuje z mówienia po polsku. Z tych, które poznałam tylko dwie właściwie mówiły do dzieci po polsku. Jest bardzo dużo dzieci, gdzie rodzice lub jeden z rodziców zapominają mówić po polsku. I to jest tragedia. To samo z tego co wiem dzieje się w Anglii. Rodzice przestawiali się na angielski i przestawali mówić do dzieci w ich ojczystym języku…

A co po przyjeździe do Tyrolu Panią najbardziej zszokowało?

Jak ja przyjechałam ponad te 20 lat temu to było bardzo duże poczucie bezpieczeństwa na drogach. Tu była bardzo wysoka kultura jazdy i to było zauważalne. Druga rzecz to – zwłaszcza na małych wioskach to ludzie zawsze się witają – nawet jak jestem nam na chwilę i jestem pierwszy raz. Tego nie stosują Włosi, ale stosują Tyrolczycy. I to jest bardzo miłe. Tu small talk jest wpisany w życie codzienne – to normalna rzecz.

A co by Pani poradziła Polakom wybierającym się do Południowego Tyrolu?

Poradziłabym uderzyć do mnie! [śmiech] Do mnie, czyli do mieszkańca… Ja jestem pasjonatką gór, aktywności, win… jestem po kursie sommelierskim…

O rany! Pani to prawdziwa orkiestra!

Mam też doświadczenie pracy w kuchni i szeroki wachlarz wiedzy w lokalnych tematach. Ludzie przyjeżdżają i opierają się na relacjach blogerów. A to jest wciąż perspektywa turysty, a nie osoby, która tu mieszka. Ja bym po prostu chciała zachęcić, żeby ludzie wyszli poza te perspektywę i mieli odwagę odkrywać coś poza szlakiem. I bez tego Instagrama.

Dziś chyba wiele rzeczy opiera się na Instagramie…

Ten Instagram doprowadził w Dolomitach do katastrofy! Jest taka piękna górka Seceda… Przez Instagram uderza tam tyle ludzi, że władze rozważają limitowanie wejść. A żeby do niej dojść trzeba przejść przez prywatne łąki. Ich właściciel w końcu postawił maszyny i pobiera dodatkowe opłaty, bo jest zmęczony tymi tłumami. A ludzie idą jak owce tam, gdzie mówi im Instagram.

A Dolomity są piękne, długie i szerokie! No ale to fakt – Seceda to jest jedna z tych „topowych” lokalizacji, chyba obok Cadini di Misurina, które Instagram faktycznie lubi promować.

Tak, Cadini di Misurina, Lago di Braies, Lago di Sorapis… Jeszcze kilka lat temu można tam było normalnie wejść i popływać w tej lodowatej wodzie. Później pojawił się tłum i ludzie z dmuchanymi Flemingami…

O matko! To brzmi jak koszmar!

Ludzie trafiają w góry nie mając kondycji, wiedzy, wyobrażenia i kultury gór. Ufają aplikacjom. Proszę sobie wyobrazić, że w tym roku w Dolomitach zginęły już 83 osoby. Niektórzy gubią się na prostej drodze. A zatem zalecałabym takim osobom zaufać komuś lokalnemu – a dla Polaków dodatkowym atutem jest, że ja przecież mówię po polsku i jestem Polką.

Poza tym często spotykam z błędnymi stwierdzeniami – nie tylko u blogerów, ale także w wydanych przewodnikach. A błędy dotyczą chociażby tego co i gdzie zjeść oraz lokalnych win, które są opisywane jako „niewybitne”, podczas, gdy jest zupełnie inaczej. Mamy dolinę Val Isarco słynącą z białych win, do której wieje wiatr z Dolomitów. I ten wiatr, ta mineralność Dolomitów sprawia, że te wina są wyjątkowe – w stosunku do innych win białych nie są takie „spłaszczone”. Ja potrafię cały dzień siedzieć na degustacji i rozmawiać z producentami, których wina dostają ocenę 97/100! A przewodnik pisze… „wina niewybitne”!

Widocznie autor nie trafił do tych najlepszych winnic…

Nie wiem, co próbował, ale jest to trochę gwałt…

Gwałt, którzy może turystów zniechęcić i wprowadzić w błąd.

Oj tak… po te wina przyjeżdżają i Niemcy, i Amerykanie. A Polacy omijają, bo nie wiedzą. I uważam, że jest to niesprawiedliwe!

W jednej z lokalnych winnic. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.
W jednej z lokalnych winnic. Źródło: Marta Rojek, archiwum prywatne.

Dziękuję Pani za rozmowę! I tyle ciekawych informacji!

Ja również dziękuję! Też już muszę powoli ruszać w góry. To jest w ogóle ciekawa sprawa! Bolzano to jedyne miasto włoskie, które startują z miasta – z centrum! Bolzano nie jest wysoko położone – zaledwie 247 m. n.p.m., ale mamy te trzy kolejki górskie i w ciągu 10-15 minut można być już w górach. I to jest piękne! No i mamy 27 winnic w samym mieście!

W takim razie przekonała mnie Pani, że następnym razem w Bolzano trzeba się będzie zatrzymać na dłużej, a nie tylko przez nie przejeżdżać tranzytem!

Dokładnie!

Jeszcze raz dziękuję za rozmowę i taką garść inspiracji!

  1. Instagram: https://www.instagram.com/gotosouthtyrol/, Facebook: https://www.facebook.com/profile.php?id=100064233934217. ↩︎
  2. https://www.facebook.com/groups/2650302255239278 ↩︎

Przewijanie do góry
Przejdź do treści