Dr Urszula Hura-Ruitenbach: polscy lekarze są w USA cenieni

Autor:Piotr Ewertowski

W Stanach Zjednoczonych, ale też w Holandii czy Francji, wielu naszych naukowców i lekarzy zrobiło imponujące kariery – mówi dr Urszula Hura-Ruitenbach, lekarka i założycielka Hura Medical Center.

Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach / edycja: AI
Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach / edycja: AI

Urszula Hura-Ruitenbach specjalizuje się rehabilitacji, medycynie fizykalnej i balneoklimatologii. Kieruje założonymi przez siebie placówkami medycznymi w Olsztynie. Jest także promotorką polskiej myśli medycznej w Stanach Zjednoczonych i pionierką badań nad światłoterapią i terapią mikrokrążenia. Postrzegana jest jako ambasadorka polskiej kultury i etosu pracy, budująca mosty między Polską a Polonią. Zajęła I miejsce w Kategorii działalność gospodarcza w tegorocznej edycji konkursu „Polak roku we Włoszech i na świecie”.

Piotr Ewertowski: Co skłoniło Panią do tego, by pójść „po coś więcej”, a nie pozostać po prostu lekarzem prowadzącym prywatną praktykę?

Urszula Ruta-Ruitenbach: – Myślę, że przez całe życie gonię za marzeniami. Lubię być bardzo dokładna w tym, co robię, a jeśli już się czegoś podejmuję, to musi to sięgać możliwie najwyżej. Dlatego nieprzypadkowo znalazłam się na medycynie. Już jako pięcioletnie dziecko postanowiłam, że będę leczyć. Na początku chciałam być weterynarzem, bo wydawało mi się, że zwierzętom trzeba pomagać najbardziej. W pobliżu mojego domu mieszkał starszy pan, który hodował króliki. Powiedział mi: „Jeśli chcesz leczyć zwierzęta, przyjdź do mnie na praktykę”.

Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach
Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach

Poszłam tam z jego wnuczką. Wytrzymałyśmy kilka dni, bo „praktyka” polegała głównie na sprzątaniu klatek. To mi się zupełnie nie spodobało, więc mając pięć lat, zmieniłam decyzję i zostałam „lekarzem ludzi”. Co ciekawe, gdy dostałam się na medycynę, praktyka zerowa zaczynała się bardzo podobnie: noszeniem basenów i pomocą pacjentom. Różnica polegała na tym, że wtedy już naprawdę czułam, że to jest moje miejsce.

A jak rozpoczęła się przygoda z fizykoterapią i balneoklimatologią?

– Już na studiach zaczęłam odnajdywać swoje zainteresowania. Kiedy poznałam zasadę primum non nocere, czyli „po pierwsze nie szkodzić”, zrozumiałam, że nie mogę być lekarzem opierającym się wyłącznie na farmakoterapii. Leki często leczą jedno, a szkodzą drugiemu. Musiałam znaleźć inne drogi.

Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach
Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach

Tak odkryłam rehabilitację, a potem medycynę fizykalną i balneoklimatologię. Kolejnym uzupełnieniem była medycyna sportowa, co miało też bardzo osobisty wymiar, bo moje dzieci trenowały sport wyczynowo. Córki tańczyły, a syn przez około siedem lat pływał w kadrze narodowej. Matka musiała więc dodatkowo zadbać, by nic złego mu się nie stało.

I tak otworzyła Pani swój pierwszy gabinet.

– Tak, kiedy weszłam w rehabilitację, otworzyłam swój pierwszy gabinet. W szpitalu, w którym pracowałam, dość szybko zostałam zauważona i awansowana na kierownika działu fizjoterapii. Jednak wizja rozwoju rehabilitacji, jaką miał dyrektor, bardzo różniła się od mojej. Priorytety szpitala były inne niż moje marzenia, więc postanowiłam pójść własną drogą.

Dzięki temu mogłam testować najnowsze urządzenia pojawiające się na rynku, a potem je kupować i pomagać ludziom. To zawsze była i jest moja dewiza.

Coraz częściej ludzie szukają podejścia bardziej holistycznego co do swojego zdrowa. Zaznaczmy, że nie rozmawiamy tutaj o medycynie „alternatywnej”, wokół której pojawiło się wielu samozwańczych lekarzy.

– Właśnie dlatego ja ją nazywam ekologiczną. Słowo „alternatywna” niestety bardzo się zdewaluowało i często kojarzy się z działaniami stojącymi obok medycyny. Dla mnie kluczowe jest to, by wszystko było potwierdzone badaniami i oparte na faktach.

W polskich realiach takim obszarem jest medycyna uzdrowiskowa. Ubolewam nad tym, że jest w niej tak mało specjalistów, a przez to również niewiele badań. Te, które istnieją, są jednak bardzo przekonujące. Ja sama od lat je prowadzę i widzę efekty. Testuję nowe urządzenia, nowe metody i wiem, że to działa. To daje mi ogromną satysfakcję.

Promowała Pani te idee również w Stanach Zjednoczonych.

– Gdziekolwiek wyjeżdżam – do Stanów, Indii czy w inne miejsca – interesuje mnie, jak wygląda tam rehabilitacja. W USA miałam dobre warunki do poznania tego środowiska, ponieważ moja przyjaciółka pracowała przez wiele lat w Chicago w Związku Narodowym Polskim. Dzięki niej mogłam zaglądać tam, gdzie chciałam, i obserwować rehabilitację „od środka”.

Podczas rozdania nagród na konkursie "Polak roku we Włoszech i na świecie". Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach / edycja: AI
Podczas rozdania nagród na konkursie „Polak roku we Włoszech i na świecie”. Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach / edycja: AI

Stany Zjednoczone były i wciąż są miejscem, z którego Europa – także Polska – może się wiele nauczyć. Miałam okazję obserwować, oceniać i porównywać ich metody, ale jednocześnie mogłam pokazać rozwiązania stosowane w Polsce, które tam nie były znane.

W jednym z ośrodków wygłosiłam wykład, po którym zakupiono urządzenia charakterystyczne dla polskiej rehabilitacji. Co ciekawe, dziś Narodowy Fundusz Zdrowia wymaga ich wyposażenia w każdym ośrodku. W Chicago, w placówce kolegi, który mnie wysłuchał, zakupiono dwa takie urządzenia. Był bardzo zadowolony z efektów.

Jakie urządzenia stosuje się w fizykoterapii?

– Jest ich wiele! Medycyna fizykalna rozwija się od starożytności. Elektroterapia, magnetoterapia, ultradźwięki – to dziedziny, które mają za sobą całe stulecia badań. Dziś dochodzą do tego nowoczesne, często robotyczne rozwiązania.

W tym roku udało mi się pozyskać dwa miliony złotych na nowy sprzęt. Konkurs został już rozstrzygnięty, wybraliśmy dostawców i w przyszłym roku w Ośrodku Rehabilitacji Dziennej w Olsztynie, którym kieruję, pojawi się 16 nowych urządzeń.

Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach
Fot. z arch. Urszuli Hura-Ruitenbach

Już od września prowadzimy szkolenia, testujemy sprzęt i analizujemy efekty. Niedawno testowaliśmy urządzenie, które przyniosło bardzo szybkie rezultaty u pacjentki ze skrajną spastycznością, od lat poruszającej się na wózku. Po 15 minutach uzyskaliśmy wyraźne rozluźnienie i ocieplenie kończyn. To ogromnie obiecujące.

Dodatkowo urządzenia mają wbudowane systemy pomiarowe, co pozwala nam prowadzić rzetelne badania naukowe i potwierdzać skuteczność terapii.

Wracając do USA – czy polscy lekarza są tam cenieni?

– Zdecydowanie tak. Bywałam zapraszana na bale lekarzy, gdzie środowisko bardzo dobrze się zna i wzajemnie obserwuje. Polska medycyna ma w USA dobrą renomę, a wielu naszych specjalistów pracuje w świetnych ośrodkach.

Ja sama zawsze chciałam pracować w Polsce i stworzyć tu własną klinikę. To się udało. To jest moje miejsce na ziemi. Ogromną radością jest dla mnie również to, że po latach udało mi się wciągnąć do pracy w placówce całą trójkę moich dzieci. Dziś pracujemy razem.

Jako Polacy chyba mamy w sobie coś, coś nas pcha do osiągania sukcesów – często również na emigracji.

– Uważam, że mamy ogromny potencjał i mocną historię. Nie chciałabym urodzić się nigdzie indziej niż w Polsce. Tu realizuję się najbardziej.

Wyszłam za mąż za Holendra i wiem, że bywały różne opinie o Polakach, zwłaszcza na początku emigracji. Różni ludzie bowiem emigrowali z Polski, także ci, którzy swoje problemy przenieśli również za granicę. Jednakże zdecydowana większość Polaków, których spotykałam za granicą, prezentuje się z najlepszej strony.

W Stanach Zjednoczonych, ale też w Holandii czy Francji, wielu naszych naukowców i lekarzy zrobiło imponujące kariery. Co więcej, coraz częściej wracają do Polski z ogromnym bagażem doświadczeń. To pokazuje, że jesteśmy narodem, który potrafi się odnaleźć i rozwijać wszędzie, gdzie się znajdzie.

Przewijanie do góry
Przejdź do treści